Kiedy nie będzie już nic do ukrycia.
kiedy-nie-bedzie-juz-nic-do-ukrycia-featured

Kiedy nie będzie już nic do ukrycia.

Obecnie, gdy prawie wszystko jest monitorowane, nasza prywatność staje się coraz większą fikcją. Wywalczona przez setki pokoleń umiera na naszych oczach. Grzebiemy ją żywcem dzięki wrodzonej tęsknocie za wygodą, dążeniu do jeszcze większej efektywności ekonomicznej, zachwytowi nad technologicznymi nowościami oraz bezrefleksyjnemu marszowi za tłumem. Choć w wielu sytuacjach robimy to dla komfortu, to zdarzają się również przypadki, kiedy nie mamy innego wyjścia. Coraz większa ingerencja ustawodawców w naszą prywatność, zmusza nas do utraty informacji poufnych podczas załatwiania codziennych spraw. Mocno niedoskonałe i zawiłe prawo w połączeniu z przebiegłością wielkich firm powoduje, że coraz częściej zwykły człowiek staje się bezradny, w obliczu rozpędzającej się techno-inwigilacji. Ale czy współczesny człowiek potrzebuje jeszcze chronić jakichś sekretów? Może wygoda i bezpieczeństwo warte są oddania ostatnich bastionów prywatności? Skoro jest nas na naszej planecie coraz więcej i dzięki technologiom wchodzimy w niewyobrażalną ilość wzajemnych interakcji, to może ograniczenie prywatności do minimum okaże się najlepszą z możliwych strategii, aby zapewnić bezpieczną koegzystencję? Spokój, komfort i bezpieczeństwo w zamian za totalną przejrzystość?

Granice naszej prywatności są trudne do zdefiniowania. Każdy z nas wytycza je przez inne terytoria. Każdy chce decydować sam, które z obszarów życia mają pozostać w ukryciu, a które mogą być dostępne dla wścibskiego świata. Jednak kiedy samotnie stajemy do obrony własnej  prywatności z całym światem, nasze samodzielnie utkane granice mogą okazać się nieszczelne lub zbyt niskie. Niekiedy mogą być posadowione w niewłaściwych miejscach. Innym razem możemy jedynie ulegać złudzeniu, że nasze osobiste sprawy są wyłącznie nasze. Doniesienia o postępującej inwigilacji trafiają do nas niemal codziennie. Jednym z nowszych źródeł jest na przykład książka Julii Angwin “Społeczeństwo nadzorowane”, w której przygotowała niezwykle zimny prysznic na naszą złudną prywatność (*1). Jak twierdzi, rządy bardzo wielu krajów sięgają dzisiaj po technologie nowoczesnego nadzoru, począwszy od sprzętu do masowego przechwytywania danych po narzędzia, które pozwalają zdalnie przejmować kontrolę nad telefonami i komputerami. Angwin pisze, że w Stanach Zjednoczonych technologie nadzoru w postaci dronów czy kamer rozpoznających tablice rejestracyjne pojazdów, stają się powszechnym narzędziem władz lokalnych oraz stanowych. Zdaniem Angwin również wiele prywatnych firm sięga po zaawansowane systemy aby lokalizować swoich abonentów, śledzić klientów w centrach handlowych czy rozpoznawać ich po zeskanowanych twarzach. Na bazie olbrzymiej ilości zebranych w ten sposób informacji, zrodził się rynek dzisiejszego przemysłu reklamowego, którego trudno już chyba będzie zatrzymać. Kupić możemy już niemal dowolnie wyselekcjonowane bazy danych, odpowiadające dowolnym potrzebom. Część z tych baz zebrana została zgodnie z prawem, część zupełnie nielegalnie, jednak duża ich ilość powstała na granicy niedoskonałego prawa.

Coraz większe zapotrzebowanie na informacje poufne napędza rozwój technologii. Technologia staje się coraz doskonalsza i coraz tańsza. Na przykład coraz doskonalsze techniki rozpoznawania twarzy pojawiają się już nie tylko w specjalistycznych systemach monitoringu ale nawet w telefonach. Spadające ceny elektroniki pozwalają na totalne umasowienie monitoringu. Obecnie liderem w dziedzinie monitoringu miejskiego wydają się być Chiny, które dysponują ilością około 170 milionów zainstalowanych kamer CCTV. Ich ilość do roku 2020 ma zostać zwiększona do około 400 milionów. Jednak sama ilość to dopiero niewielka część sukcesu. Liczy się zdolność ich skutecznego i szybkiego wykorzystania. Kiedy w ramach eksperymentu korespondent BBC John Sudworth postanowił wmieszać się w tłum i sprawdzić umiejętności systemu, to chińskiej policji zajęło zaledwie 7 minut aby go odnaleźć i zatrzymać (*2).

W Chinach testują także zaawansowany system rozpoznawania twarzy w autonomicznym, muzułmańskim regionie Sinciang. Kiedy osoby uznane za podejrzane oddalą się od swoich domów na odległość około 300 metrów, system powiadamia policje (*3). Systemy informatyczne, które analizują dostarczone przez kamery obrazy, zaczynają więc rozwiązywać niewyobrażalne wcześniej zadania w coraz krótszym czasie. Oczywiście dzisiaj sporo jeszcze w tego typu doniesieniach marketingowego zabarwienia, jednak patrząc na tempo rozwoju technologii, nie można ignorować potencjału, jaki za tymi technologiami stoi. Choć totalny monitoring i skuteczne śledzenie wymagają jeszcze wielu udoskonaleń, to dzisiaj poufne informacje o klientach zbierają chyba wszyscy wielcy tego świata. Google, zmuszony jakiś czas temu przyznał, że śledzi dane o lokalizacji użytkowników, nawet kiedy użytkownicy wyłączyli tę opcję w telefonach a telefon pozbawiony był karty SIM (*4). Śledzenie wydaje się być seryjnie wbudowanym rozwiązaniem w niektórych znanych urządzeniach. Na przykład Apple posiada na swoich iPhonach ukrytą funkcję do nagrywania ekranów użytkownika. Niedawno świat dowiedział się o tym, że funkcję tę Apple udostępnił Uberowi, który mógł nagrywać ekrany swoich klientów, a nawet uzyskiwać dostęp do ich danych osobistych (*5). Tłumaczenia firm w obliczu takiej wpadki są oczywiście śmieszne, choć dzięki istniejącemu prawu wystarczająco skuteczne, aby o sprawie zapomnieć.

Innowacji w obrębie monitoringu, podobnie jak w innych dziedzinach, nie będziemy w stanie powstrzymać. Fiński startup ICEYE podnosi kolejną poprzeczkę w walce o jakość obrazu, oferując mikro-satelity, zdolne do pracy przy złej pogodzie oraz w ciemności (*6). Satelity te, dysponując rozwiązaniem “synthetic aperture radar” (SAR), działają niezależnie od jakości światła i temperatury. Mogą dzięki temu wspomagać w kryzysowych sytuacjach agencje rządowe czy siły zbrojne, ale oczywiście nie tylko. Klientem może być przecież dowolny podmiot. Satelity ICEYE dzięki rozmiarom rzędu 80 x 60 x 50 cm oraz wadze poniżej 100 kg. przenoszą poziom makro monitoringu i śledzenia w zupełnie nowy wymiar. Doskonalenie trwa bez przerwy. Wielu naukowców i inżynierów w pocie czoła pracuje na przykład nad coraz lepszą jakością rejestrowanych obrazów w ciemności, we mgle czy w innych trudnych warunkach oświetleniowych. Coraz częściej można usłyszeć o marzeniach rejestrowania obrazów przez ścianę, dzięki aparatom wyposażonym w zestaw wielu różnych sensorów (*7). To zapewne jedynie kwestia czasu, zanim pojawią się takie aparaty. Będą one zapewne połączone z super czułymi mikrofonami rozpoznającymi człowieka po głosie, kilkoma innymi detektorami i wyposażone w zaawansowane oprogramowanie. Całość pozwoli na niewyobrażalnie precyzyjną identyfikację na podstawie łączenia informacji z wielu czujników i wielu baz danych.

Dane na nasz temat już dzisiaj zbierane są we wszystkich możliwych formach. To nie tylko obrazy z kamer czy satelit. To tysiące śladów jakie zostawiamy każdego dnia przeszukując internet, korzystając z określonych programów komputerowych, poruszając się z telefonem w kieszeni czy używając wielu nowoczesnych urządzeń noszonych. Coraz doskonalsze technologie rozpoznawania odcisków palców czy identyfikacji na podstawie tęczówki czynią zbierane dane precyzyjniejszymi. Technologie biometryczne idą jeszcze dalej starając się zaprząc do roboty biometrię behawioralną obejmującą na przykład rozpoznawanie głosu, gesty czy wzory chodzenia (*8). Te wszystkie dane połączone ze sobą pozwalają na niewyobrażalnej skali spersonalizowane analizy. Połączenie informacji z kilku różnych źródeł może dać niezwykle precyzyjne informacje o dowolnej osobie. A co dopiero, kiedy instytucje i firmy zaczynają gromadzić informacje o bardzo dużym poziomie szczegółowości. Wszystko to tłumaczone jest zazwyczaj naszą wygodą lub bezpieczeństwem. Nic więc dziwnego, że z roku na rok przepisy stają się coraz bardziej pobłażliwe dla zbierających i analizujących nasze prywatne dane. Choć Europejskie prawo trochę bardziej chroni w tym względzie konsumentów niż np. prawo w USA, to nie wydaje mi się, aby tak pozostało na zawsze. Od stycznia tego roku weszły na przykład nowe rozporządzenia dotyczące zasad płatności (PSD2), które mają ułatwić konkurowanie z bankami. Duże koncerny internetowe mogą na ich podstawie otrzymać dostęp do danych kont bankowych swoich klientów, co do tej pory było zarezerwowane wyłącznie dla banków. W przyszłości firmy te będą mogły zobaczyć zawartość kont użytkowników za ostatnie 90 dni, a więc będą wiedzieć ile poszczególni klienci płacą za określone produkty, czy jaki na przykład jest stan ich kont (*9). Nie wydaje się to prawdopodobne, aby giganci internetowego handlu zrezygnowali z wykorzystania takich informacji w obliczu potencjalnych zysków. Choć warunkiem tego jest zgoda klienta, to podejrzewam, że spora część internautów skorzysta z tej opcji dla wygody.

Niestety w świecie gdzie wszystko chce być połączone ze wszystkim, my zwykli ludzie tracimy kontrolę nad tym, jakie informacje są o nas zbierane, co jest mniej, a co bardziej bezpieczne. Choć w dużej mierze sami przyczyniamy się do łatwiejszej utraty danych poufnych, to w coraz bardziej monitorowanym świecie przestajemy wierzyć, że na prywatność możemy jeszcze liczyć. Choć możemy lepiej zatroszczyć się o nasze hasła czy korzystać z wyszukiwarek nie gromadzących informacji o naszych poszukiwaniach, to jednak nie mamy żadnego wpływu na działania organów przeczesujących naszą pocztę elektroniczną, blogi czy rejestrujących nasze rozmowy telefoniczne. Wiele z nich może mieć siedziby w innych krajach. Dobrnęliśmy chyba do momentu, w którym banalne stwierdzenie, że “ochrona prywatności nie ma sensu, bo i tak nic nie jesteśmy w stanie zrobić”, wydaje się być dla zwykłego użytkownika coraz bliższe prawdy. Próby nowych regulacji prawnych, które mają na celu chronić dane poufne, nie spełnią moim zdaniem założonego celu. Nie będą one w stanie wygrać wyścigu z technologią, a ich rozbudowane i zawiłe zapisy mogą przynieść efekt zupełnie odwrotny do zamierzonego. Dopóki więc nikomu z nas nic złego się nie przydarzy, nie będziemy zwracać uwagi na to, co dzieje się w tle używanych przez nas w internecie stron i aplikacji. Będziemy brnąć dalej, sprzedając nasze kolejne bastiony prywatności w zamian za odrobinę wygody. Gospodarka oparta na informacji oczekuje od wszystkich graczy jak najdoskonalszej wiedzy o każdym z nas. Dedykowane oferty, podpowiedzi trafiające w nasze potrzeby, wygoda  wyszukiwania dzięki lokalizacji czy na przykład dostęp do umieszczonych w chmurze aplikacjach dbających o zdrowie, to wszystko przenosi konkurowanie na coraz bardziej szczegółowy poziom informacji o każdym z nas. Radykalizujący się w wielu miejscach świat, daje z kolei argumenty rządom, do żądania coraz większych uprawnień w monitorowaniu i śledzeniu zachowań obywateli. Kiedy to wszystko staje się faktem, jak będzie wyglądać nasza prywatność jutro? Czy uda nam się ocalić choćby jej część w takiej formie, jaką znaliśmy do tej pory? Czy współczesny człowiek potrzebuje jeszcze prywatności?

Choć dywagacje nad utratą prywatności podnoszą nam często ciśnienie, to w praktyce niezbyt często przekładamy nasze obawy na działania. W ramach przeprowadzonego w 2014 roku w Massachusetts Institute of Technology projektu, poświęconego prywatności w kontekście zachowań konsumenckich, naukowcy zbadali między innymi wpływ niewielkiej zachęty materialnej na troskę o prywatność. W trakcie badań jednej z grup studentów zaoferowali darmową pizzę, w zamian za podanie adresów mailowych do trzech swoich przyjaciół. Zdecydowana większość wybrała darmową pizzę ujawniając adresy przyjaciół (*10). Jak twierdzą autorzy badań, ludzie chętnie zrzekają się prywatności swoich danych, kiedy zostaną do tego zachęceni. Więc może brak prywatności w niczym nam nie przeszkodzi i szybko do niego się przyzwyczaimy? Choć inne badania sugerują, że nie do końca może to być takie proste. W 2011 roku fińscy naukowcy zainstalowali w dziesięciu domach wolontariuszy kamery oraz inny zaawansowany sprzęt, który monitorował wszystkie ich czynności przez całą dobę. Eksperyment miał trwać cały rok. Choć uczestnicy badania stopniowo przyzwyczajali się do monitoringu, to znacząco zmieniły się ich zachowania. Jednego z uczestników monitoring zniechęcał do używania komputera i negatywnie wpłynął na jego relacje z innymi. Badani mogli w dowolnym momencie wyłączyć monitoring, jednak twierdzili, że inwigilacja to źródło irytacji, rozgoryczenia i złości (*1). Większość z badanych zmieniła również swoje codzienne zachowania, stali się znacznie bardziej ostrożni w sąsiedztwie kamer, ekranów czy mikrofonów. W prawdziwym życiu, świadomość utraty prywatności może przynieść podobne lub jeszcze większe zmiany w naszych zachowaniach, kiedy staniemy się świadomi istnienia wszechobecnego nadzoru. Ale co, kiedy nie będziemy już mieć innego wyjścia?

Aby skutecznie poruszać się w dzisiejszym świecie, zmuszeni jesteśmy do rezygnacji z wielu obszarów prywatności. W erze cyfrowej granica między byciem prywatnym a byciem publicznym ulega stopniowemu zacieraniu. Koncentrując naszą cywilizację w coraz większych oraz coraz bardziej stechnicyzowanych miastach i przestrzeniach wirtualnych, zamieniamy się stopniowo w jednostki generujące niekończący się strumień danych cyfrowych, w jednostki uzależnione od cyfrowego strumienia generowanego przez innych.  W tym marszu ku przyszłości obrona prywatności nie wydaje się być ważnym celem. Choć rozwój technologii da zapewne wszystkim stronom doskonalsze narzędzia, to mam obawy, że w tym wyścigu zbrojeń zwyciężą raczej najwięksi. Do tej pory prywatność oznaczała granicę, której nie pozwalaliśmy przekraczać innym. W epoce cyfrowej, prywatność wydaje się być terminem przestarzałym, który prawdopodobnie wymaga zupełnie nowej definicji. Jak bowiem zachować prywatność, kiedy wszędzie jesteśmy lub możemy być monitorowani? Może nadchodzi moment, w którym pogodzimy się z utratą prywatności i uznamy, że jesteśmy skazani na bycie jednostkami publicznymi? Przecież przez sporą część historii naszego gatunku nie mieliśmy wielu okazji do nadmiernej prywatności, oczywiście wewnątrz własnych, lokalnych grup. Tajemnice między sąsiadującymi plemionami były zapewne dużo większe. Jednak sęk w tym, że dzisiejsze technologie starają się zapędzić wszystkich ludzi do jednego, globalnego plemienia. Jeżeli więc technologia, wykraczając poza osiągnięcia ewolucji, pozwala nam na kontakt wszystkich ze wszystkimi, to być może wzorem minionych epok, w naszym nowym globalnym stadzie, znów wszyscy o sobie będziemy wiedzieć wszystko. To co robiliśmy przez setki tysięcy lat w obecności naszych współplemieńców, nie było dla nikogo tajemnicą. Wzrastaliśmy i żyliśmy w modelu monitorowania innych i monitorowania przez innych. Tak wyewoluowaliśmy. W początkowej fazie naszego rozwoju nie mieliśmy przed członkami stada prawie żadnych tajemnic, prywatność pojawiła się znacznie później, jako dorobek zaawansowanej już cywilizacji. Prywatność mogła być ograniczona do posiadanych myśli i emocji. Dzisiaj wiele wskazuje na to, że technologie zmuszą nas do powrotu do korzeni. W takiej sytuacji, jedną z możliwych form obrony prywatności, może być zmuszenie wszystkich stron do jak największej wzajemnej transparentności. Tak sądzi między innymi Kevin Kelly, który w swojej książce “Nieuniknione” napisał: (*11)

Powszechne monitorowanie i śledzenie jest nieuniknione.
Skoro nie jesteśmy w stanie powstrzymać systemu przed śledzeniem nas, możemy jedynie doprowadzić do tego, by ta relacja była bardziej symetryczna.

Człowiek jest istotą społeczną. Kiedy zamieszkał w nowoczesnym i odizolowanym od świata mieszkaniu, kiedy zaczął przemieszczać się szczelnie zamkniętymi pojazdami chroniącymi od kontaktu z przechodniami na ulicy, kiedy przestał mieć czas na rozmowę z sąsiadami, zaczął tęsknić za kontaktem z innym człowiekiem. Swoją nową społeczność postanowił zbudować w internecie. Jeżeli akceptuje więc technologie cyfrowe jako swoją przyszłość, powinien pogodzić się z faktem, że technologia na obecnym etapie rozwoju nie rozumie jeszcze czym jest prywatność, nie potrzebuje chronić swoich zachowań. To my sami musimy zadecydować, czy prywatność w dotychczasowym rozumieniu jest dla nas jeszcze istotna, a jeżeli jest, to w jakim stopniu jesteśmy się w stanie zaangażować w jej obronę. Eric Hughes, autor ” Cypherpunk’s Manifesto”, już 25 lat temu trafnie i bardzo prosto ujął to następującymi słowami (*12):

Musimy bronić własnej prywatności, jeżeli w ogóle chcemy jakąś mieć.

Choć technologie pozbawiają nas obecnie naszej prywatności, to być może za jakiś czas znów zechcą nam ją zwrócić. Nie zrobią tego jednak same, bez naszych starań. Nie nastąpi to natychmiast. Dzisiaj odcięcie się od tętniącego technologią świata jest bardzo trudne. Coraz mniej z nas może sobie pozwolić na rezygnację z internetu czy telefonu komórkowego, płatność wyłącznie gotówką czy zaszycie się w przysłowiowych Bieszczadach. Życie, w którym chcielibyśmy wspomagać swoje tajemnice przy pomocy wielu tożsamości, również wydaje się być drogą skazaną na niepowodzenie. Jedynie słusznym ewolucyjnie kierunkiem działań, może więc być symetryczność relacji między jednostkami chcącymi bronić swojej prywatności, a tymi, dla których liczą się jedynie określone zyski. Steve Mann ukuł na tę okoliczność termin sousveillance, czyli nadzorowanie oddolne (*13). Oznacza to sytuację, w której obywatele monitorują swój rząd tak intensywnie, jak rząd monitoruje obywateli. Działania te należy również rozszerzyć o wszystkie firmy, które z racji swojej wielkości stoją niekiedy ponad rządami. Czy to możliwe? Prawne uregulowania symetryczności monitoringu wydają się być stosunkowo prostsze, niż wiele zawiłych, współczesnych rozporządzeń, które próbują narzucić wielkim tego świata, troskę o zwykłych ludzi. Ale czy na starania o transparentny monitoring wzajemny nie jest już za późno?

Nasza prywatność uzależniona jest od poziomu zaufania. Obecne rozwiązania prawne, dające przewagę rządom i korporacjom, nie wzmacniają tego zaufania. Może to więc prowadzić do wielu niekorzystnych zjawisk psychologicznych, w coraz bardziej nadzorowanych społeczeństwach. Być może uda nam się dotychczasowymi metodami pozostawić dla siebie odrobinę z tej prywatności, którą znaliśmy wcześniej, ale wątpię abyśmy w ten sposób osiągnęli duży sukces. Wiele wskazuje na to, że informacje intymne będą stopniowo zanikać, przekształcając nas w społeczeństwo coraz bardziej nieufne. Na nieufności mogą jednak stracić wszyscy. Stracimy my sami, którzy coraz bardziej zaczniemy przypominać swoje wzajemne kopie, podpięte do globalnej magistrali z jedynie słusznym przepisem na życie. Stracą ci, którym zależy na pozbawianiu nas prywatności, ponieważ funkcjonowanie społeczeństwa pozbawionego bioróżnorodności i zaufania jest najlepszą drogą do katastrofy ekonomicznej i politycznej. Być może z drogi do pierwotnego modelu plemiennej transparentności nie ma już odwrotu. Może model ten, w połączeniu z zasadą sousveillance, byłby przez określony czas rozwiązaniem bardzo dobrym dla wszystkich stron. Boję się jednak, że jeżeli staniemy się już jednorodnym, globalnym i pozbawionym sekretów plemieniem, technologie przyszłości będą chcieć nam wydrzeć najbardziej zabarykadowane tajemnice w postaci naszych emocji i myśli. Ten wielki bój przyjdzie nam zapewne wcześniej czy później stoczyć. Byłoby dla naszego gatunku dobrze, gdybyśmy potrafili tę walkę wygrać.

W artykule wykorzystano następujące źródła:
Zostaw swój email aby otrzymywać informacje o nowych wpisach.
Poleć innym
Share on linkedin
LinkedIn
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter

Liczba komentarzy 6

  1. Jeden z moich ulubionych artystów, Jean-Michel Jarre, odwiedził Edwarda Snowdena. Podczas swojego koncertu wyświetlił fragment rozmowy, w trakcie której Snowden powiedział:
    “Saying that you don’t care about the right to privacy because you have nothing to hide is no different than saying you don’t care about freedom of speech because you have nothing to say. It’s a deeply anti social principle because rights are not just individual, they’re collective, and what may not have value to you today may have value to an entire population, an entire people, an entire way of life tomorrow. And if you don’t stand up for it, then who will?”

  2. Tak. To prawda. Jednak zadziwiająco, od coraz większej ilości osób, można usłyszeć właśnie takie wytłumaczenie – “przecież ja nie mam nic do ukrycia”. Być może to już efekt poczucia bezradności? A może troska o prywatność przekracza już możliwości zwykłego śmiertelnika? Mam też wrażenie, że część osób wiąże prywatność raczej ze strefą jakichś osobistych tajemnic, niż na przykład z prawem do swobodnego artykułowania własnych myśli i poglądów. m.

  3. Myślę, że nie jest to kwestia poczucia bezradności, a raczej malejąca (coraz bardziej z kolejnym pokoleniem) potrzeba utrzymania sfery prywatnej – prywatną. My młodzi ludzie jesteśmy wychowywani w świecie “bez barier”, gdzie zanikają tematy tabu, a wszelka intymność jest rwana na strzępy na portalach społecznościowych. Przesunięcie granicy wstydu przesuwa granicę, w której dotychczas pojmowano prywatność. Moje dzieci (a proszę mi wierzyć, że jeszcze długo nie będę ich miał) zostaną wychowane w jeszcze bardziej “wolnym” od wolności świecie. XXI wiek przyniósł nową definicję prywatności, na której bazują nowe pokolenia. Rzeczywistość w której żyjemy kształtuje się według potrzeb zmieniających się nastrojów ludzi, więc to nie świat odbiera nam wolność, a to my ją mu sprzedajemy. W dodatku za bezcen.

    1. Dziękuję za komentarz. Tak, każde kolejne pokolenie pojawia się w zdefiniowanym już przez poprzedników świecie. To rzeczywiście wpływa na to, że pewne granice prywatności w ogóle nie istnieją. Część z nich zwyczajnie nie jest już potrzebna. Trochę inaczej może to jednak wyglądać u osób, których świadomość prywatności ukształtowana została jakiś czas temu. Myślę jednak, że nawet wśród najmłodszych z najmłodszych, również występują różnice osobnicze, wynikające na przykład ze środowiska, w którym wyrastali, z miejsca życia, a może losu, który mógł ich w kwestiach prywatności źle potraktować. Oczywiście traktuję prywatność znacznie szerzej niż wstyd przed ujawnieniem określonych faktów. Człowiek, podążając drogą kapryśnego i działającego pod wpływem chwilowych nastrojów społeczeństwa, może zostać zmuszony z dnia na dzień, do zabarykadowania dostępu do części informacji o sobie. Może się tak stać, kiedy nie będzie chodzić o nasz wizerunek czy reputację, ale na przykład o własne zdrowie, atrakcyjniejszą pracę, wysokość wynagrodzenia, dostęp do lepszego ubezpieczenia czy kredytu. Już przecież dzisiaj wiele algorytmów buduje profile dla firm ubezpieczeniowych i banków, w oparciu o dane “pozostawione” w sieci. Ostatnie sensacje Cambridge Analytica i FB otwierają dodatkowe palety możliwości. Tak, bez dwóch zdań XXI wiek przynosi nową definicję prywatności. Jeżeli zgodzimy się, że za jakiś czas zupełnie nie będziemy chcieć lub móc jej chronić, to czy na tak szybko nadchodzący eksperyment jesteśmy gotowi już dzisiaj? Pozdrawiam, mj

  4. Dziękuję za odpowiedź,
    Ja, przedstawiciel młodego pokolenia, niestety nie jestem w stanie ocenić czy zmiany te rzeczywiście można określić mianem dobrych. Jedyne na co mnie stać to pogodzenie się z ich istnieniem. Oczywiście wiele osób nadal kurczowo “trzyma się” tradycyjnej definicji prywatności, jednak wszyscy dostrzegamy, że granice te stopniowo zanikają, a ilość takich osób znacząco maleje. Rzecz jasna proces ten ma swoje początki w odległej przeszłości, ale przyznać trzeba, że znacznie przyspieszył w drugiej połowie dwudziestego wieku. Muszę zgodzić się, że prywatność to znacznie więcej niż jedynie zachowanie pewnych rzeczy w tajemnicy, jestem w stanie dostrzec jak wiele zmian światopoglądowych zaszło u mnie w ciągu ostatnich kilku lat (najprawdopodobniej przez młody wiek). Jednak tak jak mówiłem, nie potrafię dokładnie stwierdzić czy są one słuszne.

    Pozdrawiam Ja,
    Zagubiony w grze zwaną życiem, w której ciągle zmieniają się reguły.

    Pisałem późną nocą, a mój słownik nie zawsze chce współpracować, więc proszę wybaczyć wszelkie błędy ?.

    1. To ważne zdanie, że młodsze pokolenia nie mogą ocenić tego, czy to co zastały jest lepsze czy gorsze. Ale z drugiej strony, tak dzieje się od zawsze. Nasz rozwój nie ma konkretnego kierunku, więc kto wie co przed nami. Jednak daleki jestem od stwierdzenia, że na nic nie mamy wpływu. Wielokrotnie potrzebne były młode siły, nowe spojrzenie, aby pewne zmiany były w ogóle możliwe.
      Proszę dalej zadawać “temu życiu” trudne pytania! Droga, którą się poruszamy, to wypadkowa wszelakich możliwych poglądów, trudnych pytań i nieoczekiwanych odpowiedzi. Najgorsze co możemy zrobić, to siedzieć z założonymi rękami, sparaliżowani obezwładniającą myślą, że to już koniec 🙂 Pozdrawiam, mj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aktualna strona w strukturze bloga:

Informuj mnie o nowych wpisach.

Najnowsze recenzje książek

Informuj mnie o nowych wpisach

Social media - Kanał RSS