Nakręcani pieniądzem
nakrecani-pieniadzem-featured

Nakręcani pieniądzem

Od pewnego czasu mamy niespotykaną wcześniej możliwość czerpania korzyści z rzeczy darmowych. Darmonomia, lub jak ktoś woli zeronomia albo freenomia, wpisała się już na stałe w strategie wielu firm. W większości przypadków to oczywiście tylko metoda na zarobek w innym miejscu. Pomijając niektóre wspaniałe i darmowe produkty tworzone przez globalną społeczność fascynatów, cokolwiek “za darmo” otrzymujemy najczęściej dlatego, aby zapłacić więcej za inne rzeczy, za ich doskonalszą wersję lub tylko na samym początku, dopóki ich twórca nie zdobędzie odpowiedniej wielkości rynku. Nie wdając się w szczegóły, samo zjawisko darmonomii przynosi jednak wiele pozytywnych rzeczy. Można by odnieść wrażenie, że żyjemy we wspaniałych czasach, w których ekonomia zaczyna grać pod dyktando kapryśnych konsumentów, którzy nie chcą za wszystko płacić, a przynajmniej mieć czas na przetestowanie nowej rzeczywistości.

Zastanawiając się jednak trochę głębiej doszedłem do wniosku, że paradoksalnie, stajemy się równocześnie cywilizacją coraz bardziej uwikłaną w ekonomiczne myślenie w kontekście prywatnym oraz społecznym. Przez wiele wieków w naszym życiu wyraźnie oddzielaliśmy wartości moralne od wartości ekonomicznych, a cele jednostki i grupy od celów nakierowanych na działalność zarobkową. Praca za wynagrodzenie stanowiła wyłącznie środek do realizacji celów, nawet jeżeli przez dużą część trwania naszej cywilizacji, dla wielu definiowana była wyłącznie w kategoriach walki o przeżycie. Jednak niezależnie od tego jak trudno było zdobyć pieniądze na przetrwanie, ludzie potrafili znaleźć czas na myślenie pozbawione wartości materialnych. Dzisiaj odnoszę wrażenie, że ekonomia tak mocno wdarła się do naszej świadomości, że coraz mniej elementów w naszym życiu jesteśmy w stanie robić bez myślenia o korzyściach materialnych. Ekonomia pojawiła się w naszym życiu praktycznie wszędzie. Coraz rzadziej znajdujemy czas na bezinteresowną pomoc sąsiedzką czy pomoc krewnym, na zajęcia integrujące nas ze społecznością lokalną czy próbę rozwoju własnych zainteresowań, jeżeli te nie są postrzegane w kategoriach zysku lub prestiżu społecznego poprawiającego przynajmniej reputację.

Dowodów tego trendu można znaleźć wiele. Kiedyś na przykład sport traktowany był jako bezinteresowna aktywność wzmagająca rozwój fizyczny i integrująca ludzi o podobnych zainteresowaniach, a dodatkowo dawał szansę na odreagowanie od monotonii pracy. Dzisiaj jest jednak inaczej. Coraz większa ilość dyscyplin to zwyczajne ekosystemy biznesowe, dla których cele niczym nie różnią się od dążeń wielu firm, podporządkowanych maksymalizacji zysku. Niestety, zderzenie tak odległych dwóch światów przynosi wiele problemów, które co kilka dni wybijają się na pierwsze miejsca w doniesieniach sportowych. Sport w wielu przypadkach nie jest już modelem doskonalenia ciała i umysłu lecz dla wielu sposobem na biznes. Niestety atakowani medialnie przez 24 godziny na dobę argumentami o wyższości ekonomii nad dorobkiem ewolucyjnym naszego umysłu, łykamy bezkrytycznie dostarczane nam argumenty niczym młody pelikan gumową rybę. Sport zresztą poszedł znacznie dalej. Stał się również dla części ludzi kwestią reputacji społecznej, więc nie mógł tego nie zauważyć biznes, który ową reputację podkręca. Wykreował więc odpowiednią modę, która sugeruje, że zanim zaczniemy rozgrzewać nasze mięśnie, należy pozbyć się z portfela bliżej nieokreślonej kwoty na specjalistyczny ekwipunek, bez którego nasze obcowanie z dyscypliną spowoduje katastrofę osobistą, rozliczne kontuzje, brak właściwych doznań emocjonalnych i fizycznych, a na dodatek ośmieszenie.

Sport amatorski pozostawmy jednak w spokoju. W najgorszych przypadkach to jedynie walka o reputację w stadzie, po powrocie z weekendu lub urlopu. Epidemia myślenia w kategoriach biznesowych jest jednak bardziej szkodliwa w wielu innych przypadkach. Coś co normalnie zarezerwowane było wyłącznie dla sfery prywatnej jest już dzisiaj na sprzedaż. Jako wysoce rozwinięte egzemplarze Homo sapiens potrafimy już zawierać dla korzyści ekonomicznych papierowe małżeństwa, ponieważ daje to szansę na różnorodne profity finansowe. Godząc się z nieudolnością administracji i polityki, akceptujemy sprzedaż zdrowia i życia za dodatkową dopłatą dla wybranych. No bo przecież słysząc od lat że myślenie ekonomiczne jest najlepszym sposobem na wszystkie problemy świata, akceptujemy również w przypadku troski o zdrowie siłę pieniądza. Handel wątpliwymi etycznie produktami, takimi jak narkotyki, dopalacze lub dzikie zwierzęta, to kolejne przykłady efektów ubocznych ekonomizacji naszego życia. To niestety dla części zainteresowanych głównie kwestia zdobycia środków na przeżycie. Jednak dla innych wyłącznie budowanie imperiów finansowych i ponadnormatywnego komfortu a czasami iluzji panowania nad gorszą (ich zdaniem) częścią ludzkości. Następni na liście to przedsiębiorcy, od nadal istniejącego na świecie handlu kobietami, dziećmi (nawet przed ich narodzeniem) czy nieźle rozwiniętej sprzedaży organów. W związku z trudną sytuacją ekonomiczną można znaleźć wielu chętnych do odsprzedania nerki lub innego kawałka siebie.

Zjawisko ekonomizacji myślenia wchodzi jednak jeszcze dalej. Słyszałem kilka razy o sytuacjach, kiedy rodzice chwalili się znajomym, że zawarli ze swoimi dziećmi “pakt ekonomiczny”. W zamian za posprzątanie ich własnego pokoju, dzieci otrzymają kieszonkowe. W innym przypadku podlanie trawnika lub pomoc w zakupach rodzicom wiązały się z konkretną stawką w twardej walucie, którą po kilku zmonetaryzowanych seansach koszenia, dziecko może przeznaczyć według własnego uznania, na jakiś rozwijający je zakup, na przykład na konsolę do zabijania zabójców. Nie jest też chyba tajemnicą, że obecnie w wielu przypadkach dzieci muszą dysponować znacznie większym kieszonkowym niż 10, 20 czy 30 lat temu. To co jest im potrzebne do rozwoju muszą przecież (im wcześniej tym lepiej) kupować same. Za pieniądze możemy więc dostać coraz więcej. Urodę (oczywiście tę kreowaną przez media), lepszą szkołę dla dziecka kiedy rodzice sami mają zbyt mało czasu z przeciążenia pracą zarobkową, tak zwanych przyjaciół na portalach społecznościowych, czy też reputację w oczach całej parafii po hojniejszym datku na odnowę nawy bocznej. Wiele inicjatyw o charakterze społecznym, jak na przykład kultywowanie sztuki regionalnej, też bardzo często ma znacznie większe szanse na sukces, kiedy pojawią się dotacje z zewnątrz. Kiedyś tworzenie pamiętników traktowane było jako coś co rozwijało osobowość, sztukę pisania oraz zmaganie się z własnymi rozterkami, kiedy konieczna była zamiana myśli w słowo pisane. Dzisiaj, ogromna część pamiętnikarzy (bloggerów) “zastanawia się” w sieci, jak zamienić swojego bloga na złotówki. Wiele innych przykładów znajdziecie zapewne wokół siebie sami.

Czy nadal pozostajemy więc świadomi granicy pomiędzy tym co prywatne i społeczne a tym co zarobkowe? A może zaakceptowaliśmy już ekonomię jako podstawowy wyznacznik naszego człowieczeństwa i jest nam z tym dobrze? Stara prawda głosi że “nic nie jest za darmo”. Jednak moim zdaniem zbyt niebezpiecznie z punktu widzenia “człowieka społecznego” pozawalamy tej prawdzie zawłaszczać coraz rozleglejsze obszary życia. A przecież dysponujemy jak żadne z minionych pokoleń, technologiami i innymi wspaniałymi osiągnięciami, dającymi nam szansę na bycie człowiekiem społecznie szczęśliwym. Popadając we wszechobecną modę na kreowanie się na ludzi zamożnych, dolewamy dodatkowo oliwy do ognia. Z dekady na dekadę coraz bardziej zatracamy granicę między myśleniem prywatno-społecznym a przedsiębiorczym. Myślenie w kategoriach finansowych wdarło się zupełnie niepostrzeżenie do naszych domów i społeczności. Czy uda nam się uratować choćby niewielką część pozbawionego monetaryzacji myślenia w życiu prywatnym? A może już niedługo zechcemy płacić dzieciom za lepsze oceny w szkole albo nawet za uczęszczanie do niej? Może partnerzy w małżeństwie zaczną się wzajemnie rozliczać za przyniesienie kawy do łóżka, przygotowane śniadanie lub zapalenie świecy do kolacji? Jeżeli tak, to nie zapomnijmy o kwestiach podatkowych i od razu pomyślmy o małżeństwie w formie konsorcjum dwóch jednoosobowych podmiotów: “żona spółka jawna” oraz “mąż spółka z o. o.”. Przygotujmy też trochę drobnych aby zapłacić dziecku za wypicie szklanki mleka lub za to że usiądzie na nocniku.

Myślenie w kategoriach ekonomicznych nie jest złe. Daje w wielu sytuacjach ludzkości szanse na bardziej prospołeczne akty, poprawia komfort życia prywatnego i pozwala na realizację marzeń niedostępnych dla wielu pokoleń minionych epok. Ekonomia to jednak narzędzie, które powinno służyć interakcjom biznesowym. W życiu prywatnym i społecznym powinniśmy przynajmniej spróbować pozostać Homo sapiens. Zastanówmy się więc gdzie powinna przebiegać granica pomiędzy człowiekiem a banknotem.

Zostaw swój email aby otrzymywać informacje o nowych wpisach.
Poleć innym
Share on linkedin
LinkedIn
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aktualna strona w strukturze bloga:

Informuj mnie o nowych wpisach.

Najnowsze recenzje książek

Informuj mnie o nowych wpisach

Social media - Kanał RSS